Jestem osobą z natury spokojną, mającą swoje zasady które nieodwołalnie przestrzegam, jednakże nie za wszelką cenę i tego samego oczekuję od innych.
Ludzkość to nieliczona ilość opinii, własnego zdania, własnego stylu na życie. Każdy jest inny, i każdy ma prawo żyć w taki sposób jaki mu się podoba i w takich granicach, aby swoją wolnością i zasadami nie naruszał drastycznie życia innych ludzi, tym samym nie naruszał moich granic, zwłaszcza wytrzymałości… a wytrzymałość mam ogromną o czym wielu znajomych się przekonało.
Niektórzy przekonali się również o tym że jednak moja cierpliwość kiedyś się kończy, a skutki tego bywają bolesne zwłaszcza dla nich.
Niedawno miałam nieprzyjemność dyskutować ze starym znajomym o ideach przyświecających w życiu, światopoglądach i wszystkim co bądź co bądź się z tym wiąże. On, zatwardziały patriota z przekonaniami mocno anty politycznymi, wszędzie domagający się równości i sprawiedliwości, miłośnik historii i skrajnych poglądów na temat kobiet (całego świata) i ja, osoba ceniąca spokojne życie, szacunek do drugiego człowieka bez względu na jego płeć i pochodzenie a historię mająca delikatnie mówiąc „gdzieś”. Nasze „przypiwne” rozmowy często sprowadzały się do lawin argumentów w których jedna strona próbowała przekonać drugą „jak lepiej żyć”. Wielokrotnie ja w czasie rozmów zostawałam z jednym piwem, on zaś przemierzał niejedną zgrzewkę płynnego złota i chociaż każde z nas nie dawało się przekonać, a poglądy wydawało się, mogły nas różnić, przeciwnie sprawiały że wspólne wieczory oboje lubiliśmy… do czasu.
Pominę fakt że ostatnia dyskusja miała miejsce 25 grudnia (czyli w święto czym może i jeszcze bardziej nasilił się mój żal) zakończyła się nie tyle kłótnią, a moim trzaśnięciem drzwiami. Powodem była zmiana tonu rozmówcy, który w zuchwały sposób stwierdził że on powie mi jak mam żyć, a przy okazji rzucił jeszcze kilka innych epitetów pod moim adresem, czym jasno wyraził swoją dezaprobatę do mojego zdania.
Po tygodniu zaciętego milczenia, mając za nic lakoniczne próby załagodzenia sprawy „bo przecież nic wielkiego się nie stało” doczekałam się oficjalnych przeprosin. Do kolejnej rozmowy namówić się nie dałam, dyskretnie wymykając się ze spotkania. No cóż, pewnie jeszcze trochę czasu upłynie nim znów siądziemy wspólnie przy piwie i chociaż szkoda tylu lat przyjaźni nie pozwolę sprowadzać się do bezmózgiego przedmiotu, nie bacząc na ilości wypitego alkoholu.