Depresja z opóźnionym zapłonem
Niedawno rozpadłam się psychicznie. Właściwie nie do końca wiadomo czemu bo o tej porze roku z reguły dochodziłam do siebie. Teoretycznie nie jestem meteopatą, a do życia wystarczą mi słodycze, woda i słońce 😉
Właśnie słońce… Jak co roku jesienią gdy zaczyna go brakować wraz z nim gaśnie mój entuzjazm do życia. Dopóki jeszcze jest więcej kolorowych liści na drzewach niż pod nogami to „daję radę”. Totalny kryzys przychodzi gdy robi się szaro.
Ponure bloki, wyblakłe kamienice, a między nimi kikuty gołych drzew, nawet szpaler zimozielonych żywotników, to stanowczo zbyt mało by rozgonić złe myśli. I tak od kilku lat co roku, nawet sądziłam że z wiekiem to się pogłębia, więc tym bardziej dziwiło mnie że w minionym roku jakoś wyjątkowo szybko i pozytywnie zima mi minęła. Być może przyczyniła się do tego zmiana pracy (czy na lepszą to wciąż się zastanawiam) ale z pewnością na bardziej wciągającą i wyjątkowo dopasowaną do mojej osobowości. Nowe obowiązki, plany, nadzieje, nawet styczniowe załamanie pogody skwitowałam tylko ostrym klnięciem gdy auto zostawione na parkingu, po pół godziny miało problem z wydostaniem. Było, minęło… kolejny klient, kolejna rozmowa, w domu dzieciaki, mąż, nastrojowe wieczory i imprezy ze znajomymi. Dotrwałam do marca, w końcu dni stanowczo dłuższe, niewiele ale jednak trochę cieplej i coraz bliżej do wiosny. Niestety marzec nas nie rozpieszczał, zwłaszcza nas, kierowców i nasze nieszczęsne auta walczące na zmianę z ślizgawicą i błotem pośniegowym. Któregoś poranka podniosłam głowę, spojrzałam przez okno i znów nie ujrzałam słońca. W odpowiedzi na pomruk niezadowolenia usłyszałam pytanie męża „Kawa czy dosypiasz?” – Dosypiam- rzekłam naciągając kołdrę na głowę.
Tego dnia wzięłam wolne, na grypę zwaliłam moje beznadziejne samopoczucie, chociaż na pewno nie była to grypa.




