Dzieci wystarczy kochać, a nie afirmować
Czasem internet podsuwa mi coś, co niby jest niewinne, słodkie i pełne „dobrych wibracji”, a jednak potrafi mnie na chwilę zatrzymać.
Ostatnio był to filmik na YouTube: mama afirmuje swojego kilkuletniego synka. Chłopiec patrzy w lustro, powtarza przygotowane frazy, a w komentarzach eksplozja zachwytu — jaka cudowna matka, jaki świadomy chłopiec, jakie to wszystko budujące, wręcz formujące przyszłego lidera, wizjonera, człowieka sukcesu.
Czytając to, poczułam ukłucie. Takie delikatne „a może…?”. Może ja powinnam była?
Może moje dziecko coś straciło, bo nie mieliśmy porannych mantr, planów na wielkość i drogi do światowej kariery? Może przez brak afirmacji (której zresztą wtedy nikt nie znał, poza może garstką joginów na końcu świata) mój syn został po prostu… mechanikiem na etacie, zamiast właścicielem warsztatu, o którym mówią w branży z nabożnym szeptem?
Rachunek sumienia
To „może” zaskoczyło mnie swoją siłą. Bo przecież znam swoje macierzyństwo od podszewki: takie zwyczajne, bez kursów, bez podcastów, bez planu budowania marki osobistej dziecka od kołyski. I właśnie wtedy, robiąc sobie rachunek sumienia z jego wychowania doszłam do wniosku że chyba nie może być nic lepszego niż bycie szanowanym i szanującym innych człowiekiem. Wielokrotnie, gdy syn był nastolatkiem, jak i obecnie słyszę wiele pozytywnych opinii na jego temat. Nikt nie wspomina afirmacji. Nikt nie dopowiada ideologii. Ludzie po prostu widzą człowieka, który ma w sobie poukładany świat.
Tylko miłość
Przyglądając się temu wszystkiemu, musiałam przypomnieć sobie, jak to naprawdę wyglądało. Dorastał jak większość dzieci w normalnej, wielopokoleniowej rodzinie klasy średniej. Dostał pakiet startowy, który kiedyś był standardem, a dziś brzmi jak odkrycie: miłość, troskę, zrozumienie, szacunek do siebie i innych i obowiązki, ale takie, którym zawsze mógł powiedzieć „nie”, jeśli czuł, że go przerastają.
Zero filozofii. Zero modelowania przyszłego geniusza. Zero projektowania kariery od trzeciego roku życia. Tylko człowiek obok człowieka. Dokładnie tak jak kiedyś wychowywało się dzieci, wychowano mnie, mojego męża i starsze pokolenia. W normalnej rodzinie, gdzie równoważyło się problemy zarówno finansowe jak i z nałogami z opieką i zrozumieniem. W czasach gdy półki sklepowe nie uginały się od WSZYSTKIEGO czego dusza zapragnie i wmawiania nam że MUSIMY odnieść sukces zawodowy (cokolwiek to nie znaczy…)
Zwyczajnie żyć
I im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że może wcale nie trzeba tworzyć „wielkich ludzi”. Może wystarczy pozwolić im być dobrymi. Może nie każdy musi prowadzić firmę, zdobywać świat, pobijać rekordy. Może szczęście naprawdę lubi rzeczy zwyczajne — pracę, którą się lubi, ludzi, z którymi chce się być, i poczucie, że jest się dla kogoś ważnym.
Afirmacje są miłe. Ładne do nagrań. Dobre na lajki. Ale dzieci nie rosną od powtarzania magicznych zdań. Rosną od bycia widzianymi, słyszanymi i kochanymi.
I gdy dziś ktoś pyta, w czym tkwi „sukces” mojego syna, potrafię odpowiedzieć bez zawahania: w normalności, bliskości i braku presji. I w tym jednym, najprostszym, najstarszym „narzędziu rozwojowym świata”: dzieci wystarczy kochać, a nie afirmować.




