Strasznie bawi mnie moda na nazywanie absolutnie wszystkiego. Doczekałam czasów gdzie pojęcie „normalnie” przestaje istnieć. Niby teoretycznie co to jest normalnie? Dla mnie oznacza umiar i rozsądek. Z umiarem pracuję, śpię, piję, ćwiczę (dobra, nie ćwiczę bo mnie lubię – i to jest dla mnie normalne XD ) z umiarem jem.
No właśnie, z umiarem jem, wszystkiego po trochę chociaż za mięsem nie przepadam a to co bardziej lubię jadam więcej. A najbardziej lubię słodycze, zwłaszcza czekoladę i wszystko co jest nią polane. W młodości mogłam pożerać cukier niemal pod każdą postacią i nie przekładał się on na kilogramy. Prawdę mówiąc wiele osób mi tego zazdrościło, zwłaszcza na własne oczy widząc jak zjadam tort, dopycham czekoladą i jeszcze na koniec popijam słodkim cacao albo colą. Na samych łakociach potrafiłam żyć kilka dni nie mając przy tym problemów z żołądkiem. Wszystko skomplikowało się nieco po trzydziestce gdy wyjechałam za granicę.

Szwecja – kraj nieziemsko pysznych słodyczy

W sumie to historia nie tak odległa i dotyczy czasów gdy w Polsce marketów było już w bród. W najlepsze kwitł też rynek rzeczy sprowadzanych zza granicy więc nie było kłopotów żeby nie opuszczając kraju dostać wszystko co u sąsiadów dostępne. Jednak dopiero będąc osobiście w Szwecji przekonałam się jak ogromny może być wybór cukierków czekoladowych. Miesięczny urlop wydawał się być rajem dla kogoś takiego jak ja. Zero ruchu, minimum obowiązków i maksimum słodkości. Krótko przed powrotem do kraju zauważyłam problem z wiązaniem butów ale dopiero w Polsce, gdy stanęłam na wadze zrozumiałam co się stało. Przytyłam.
Nie dramatyzowałam z tego powodu, szczególnie że szybko wróciłam do starego trybu życia a stres i praca pochłonęły mnie na tyle że nawet nie zauważyłam jak schudłam.

Z czasem wszystko się zmienia

Zazdrośnicy co jakiś czas przypominali mi że przemiana metaboliczna w końcu obróci się przeciwko mnie… no i faktycznie. Gdzieś koło trzydziestego piątego roku, gdy w moim życiu nie działo się nic szczególnego znów zauważyłam problemy z zakładaniem butów. Do tego coraz trudniej było ulokować się w ukochanym fotelu, coraz szybciej się męczyłam. W końcu zdecydowałam się stanąć na wagę i o zgrozo, zobaczyłam prawie pięć kilo więcej niż przeciętnie, a przy moim metrze sześćdziesiąt w kapeluszu i na szpilkach, pięć kilo to sporo. Tym razem trzeba było zacisnąć pasa. Mniejsze kanapeczki i niedojadanie obiadów absolutnie nic nie dały bo nie potrafiłam odmówić sobie łakoci. Trwało to kilka miesięcy aż w końcu zmiana pory roku wymusiła zmianę garderoby. Nie mogąc się wcisnąć w ukochane jeansy postanowiłam wziąć się za siebie.

Dietetyczne eksperymenty drogą do sukcesu

Nie było powodów do paniki więc mogłam sobie pozwolić na metodę prób i błędów. Powolne odstawianie poszczególnych produktów nie przyniosło efektów. Dla mojego ciała było bez znaczenia czy jem makarony, pieczywo, warzywa czy mięso, dopiero odstawienie słodkości spowodowało że zaczęłam chudnąć. Przyznam że to odkrycie było przełomowe i tak bardzo mnie ucieszyło że udało mi się wytrwać bez czekolad, ciastek i innych „grzesznych” wyrobów z miesiąc a nawet lepiej. Jakaż ogromna była moja radość gdy znów ważyłam pięćdziesiąt osiem kilo. Wiedząc czego nie powinnam jeść musiałam wykombinować nowe menu, i znów drogą eksperymentu wyszło że najlepsze będą owoce i warzywa których mogę jeść bez ograniczeń.

Obraz silviarita z Pixabay