Jedna dioptria bliżej starości
Ponad pół roku temu zaczęłam zauważać, że coś jest nie tak. Niby nic wielkiego.
Litery z bliska zaczęły mi się lekko rozmywać, ekran telefonu czasem trzeba było odsunąć od twarzy, drobny druk na opakowaniach nagle jakby ktoś zaczął projektować wyłącznie dla ludzi wyposażonych w lupę. Początkowo oczywiście człowiek sobie tłumaczy, że zmęczenie, światło kiepskie, ekran za mały, czcionka beznadziejna, producent idiota. Wszystko, tylko nie to najbardziej oczywiste. Bo przyznanie przed samą sobą, że wzrok z bliska już nie ten, oznaczało coś znacznie więcej niż zwykły problem z literkami. To był kolejny, całkiem wyraźny krok w stronę starości. A przynajmniej tak to widziała moja głowa.
Do okulisty wybierałam się więc długo. Nie dlatego, że bałam się badania. Nie dlatego, że okulary są czymś strasznym. Przecież pół świata je nosi i jakoś żyje. Problem polegał na tym, że okulary do czytania są dla mnie jednym z tych symboli, które mają znaczenie większe niż same przedmioty. Można przez lata ignorować siwe włosy, bo przecież można je pofarbować. Można nie zauważać zmarszczek, bo dobre światło robi cuda. Można sobie tłumaczyć, że człowiek jest tylko bardziej doświadczony, a nie starszy. Ale kiedy lekarz po badaniu mówi: „okulary są niezbędne”, trudno już negocjować z rzeczywistością.
Okulary, czyli kolejny dowód rzeczowy w sprawie przemijania
Tydzień później je odebrałam. Idealnie dobrane. Naprawdę idealnie. Założyłam i nagle świat z bliska odzyskał ostrość. Litery przestały się zlewać, drobny druk znowu stał się normalnym drukiem, a ekran telefonu nie wymagał wyciągania ręki prawie do drugiego końca pokoju. Wrażenie było niesamowite. Jakbym na chwilę znowu miała dwadzieścia lat. I wtedy człowiek zaczyna się zastanawiać, jak długo chodził po świecie przekonany, że wszystko widzi dobrze, skoro w rzeczywistości od dawna patrzył przez lekką mgłę.
Tylko że razem z tą ostrością przyszedł też dziwny smutek. Niewielki, cichy, trochę irracjonalny. Bo przecież dostałam rozwiązanie problemu, a nie diagnozę końca świata. Widzę lepiej. Funkcjonuję wygodniej. Okulary nawet mi się podobają. A jednak gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że kolejny etap życia został właśnie zamknięty. Bez ceremonii, bez pożegnania, bez żadnego „to już”. Jeszcze chwilę wcześniej byłam kobietą, która po prostu czasem słabiej widzi drobny druk. Teraz jestem kobietą, która zakłada okulary, żeby przeczytać wiadomość w telefonie.
Może na tym właśnie polega starzenie się najbardziej. Nie na wielkich przełomach, tylko na małych przedmiotach, które stopniowo pojawiają się w naszym życiu. Okulary. Tabletki w organizerze. Wygodniejsze buty. Jaśniejsze światło nad książką. Rzeczy, które z osobna nic nie znaczą, a jednak każda z nich delikatnie przesuwa granicę między „jeszcze” a „już”. I chyba najdziwniejsze jest to, że można jednocześnie cieszyć się z tego, że znowu widzi się świat wyraźnie, i trochę tęsknić za czasem, kiedy nie trzeba było go w żaden sposób poprawiać.
A potem człowiek zakłada okulary, bierze telefon do ręki, czyta wszystko bez mrużenia oczu i myśli sobie, że skoro już mam się starzeć, to przynajmniej dobrze byłoby robić to w ostrości HD.




