…chociaż nie zawsze jestem tego pewna…

Pojęcie asertywności stało się ostatnio szalenie modne i jest kolejnym „towarem” do wciskania przez coachów, którzy przy okazji tworzą bzdurne teorie i zasady jakimi to niby cechuje się człowiek asertywny. Właściwie nie było by w tym nic złego, (bo samodoskonalenie jest ok) gdyby nie fakt że jeszcze do niedawna znaliśmy tą cechę jako „zdrowy egoizm”. No ale jak to brzmi?? Egoizm!! takie prymitywne i grubiańskie słowa nie pasują do dzisiejszych zangielszczonych czasów, a do tego dosłownie oddają sedno psychicznej higieny.

Jedną z moich ulubionych sentencji jest „Aby móc uszczęśliwić drugiego człowieka, trzeba być najpierw samemu ze sobą szczęśliwym„. W teorii proste, w praktyce już mniej, zwłaszcza gdy ma się zawiły charakter i zawziętą naturę. A pułapki na zniszczenie ludzkiej psychiki czają się na każdym kroku. Chociażby w domu rodzinnym, gdzie z jednej strony chcemy mieć udany związek i dobrze wychowane dzieci, a z drugiej trzeba stawiać granice które często innym nie odpowiadają. Walka z wyrzutami sumienia, czekanie na efekty i umiejętność odpuszczania, a co dopiero mówienie o problemach w taki sposób aby nie narobić sobie kolejnych.

To nie są rzeczy jakich można nauczyć się w kilka godzin, a nawet tygodni. Tego wcale nie da się nauczyć, a co gorsze, czasami łatwiej zmienić otoczenie niż przestać być „osłem do wszystkiego”, niestety wiem to autopsji. Asertywność to odbicie mądrości zbieranej latami, wnikliwa obserwacja siebie i innych oraz długotrwały proces budowania własnej (nieprzewartościowanej) wartości.