Uśmiecham się do ludzi, przynajmniej do tych którzy z uporem nie wypracowali sobie miana moich wrogów. Ten uśmiech mnie nic nie kosztuje, nie boli, nie rani.
Wiele osób patrząc na mnie widzi kobietę która ułożyła sobie szczęśliwe życie, ma dom, wspaniałą rodzinę, dobrą pracę, więc rozumieją mój uśmiech jako powód zadowolenia, przecież ktoś kto ma tak zajebiste życie musi być zadowolony. Szczęściara…

Gówno nie szczęściara! To nie szczęście, a własny upór doprowadziły mnie do tego wszystkiego. To moje osobiste kopanie losu w dupę dopóki nie znajdę w nim sensu, to hektolitry wylanych łez w nieudanych związkach i lata docierania i walki o szacunek człowieka który zrządzeniem losu dziś bardziej jest zależny ode mnie niż ja od niego jeszcze 10 lat temu. Moje szczęście to tysiące nieprzespanych nocy w poczuciu własnej beznadziejności, kilkanaście pomysłów na życie które czasami kosztowały równie dużo pieniędzy co zdrowia i w końcu miliony modlitw w bezradności. Nie ma szczęścia! Jest to co sami od życia wyszarpiemy, chociaż czasami za jeden dobry dzień trzeba zapłacić przepłakanymi nocami.

Życie dowaliło mi do tego stopnia że zrozumiałam iż nie ma jutra, nie ma ich. Jestem ja tu i teraz, są ludzie którzy kochają mnie i cokolwiek zrobię będą ze mną, a moje szczęście będzie cieszyć nas wszystkich. Reszta… no cóż wszystkich nie zadowolę, reszta może się odwalić.

a!