Projektowanie to jedna z moich pasji. Jedną z pierwszych w tym kierunku było projektowanie i szycie odzieży. Zapewne nie bez znaczenia miał fakt że moja mama też uwielbiała szyć i nie raz patrzyłam jak spod maszyny wychodzą różne cudeńka. Sukienki dla mnie i dla lalek, płaszczyki kołderki, poduszki, patchworki… Można powiedzieć że jak tak się młody człowiek napatrzy to prędzej czy później sam zacznie coś kombinować. W moim przypadku było to prędzej, bo już jako pięciolatka, gdy rodzice zasnęli wymykałam się do kuchni i z duszą na ramieniu uszyłam pierwszą sukienkę dla ukochanej lalki.

Później to już było tylko gorzej. Wkręciłam się w krawiectwo na całego. Już w podstawówce zamiast siedzieć nad lekcjami, wolałam uczyć się na mamy materiałach. O ile w szkole nie potrafiłam skupić się na 45 minutowej lekcji, o tyle w domu cierpliwie, godzinami tworzyłam wykroje i wzory z czego popadło. A było z czego, bo przy szyjącej mamie resztek miałam ogrom.
Mając 10 lat już miałam na koncie kolekcję ubrań dla zabawek, i wiele przeróbek własnych.

Zapewne gdyby nie mój zawzięty i zbyt kolorowy charakter dała bym się zamknąć w zawodzie krawcowej, jednak wizyta w jednej ze szkół o tym profilu zdecydowanie mnie zniechęciła. Nie odpowiadała mi perspektywa szycia kilkuset elementów dziennie, a na ambitniejsze szkoły projektowana byłam zwyczajnie zbyt nerwowa. Już sama myśl że miała bym połowę czasu szkoły średniej spędzić na przedmiotach poza zawodowych wywoływała u mnie obrzydzenie. Pomimo tego że życie moje nie było związane z projektowaniem, co jakiś czas z chęcią szyłam coś, zarówno dla siebie jak i dla innych. O ile szycie dla innych było proste, dla siebie już nie. Większość koleżanek które pomagały mi jako modelki, zdecydowanie odbiegały od mojej figury więc często ubrania robione na nie, u mnie układały się inaczej. W końcu postanowiłam kupić manekina, i jak to z postanowieniami bywa nie zawsze uda się je wdrożyć.

Prawdę mówiąc trochę już o tym zapomniałam, i przypominałam sobie dopiero jak trzeba było coś przerobić. Często jednak bywały to pory takie jak ta (czyli późno w nocy) i już o szukaniu manekina nie było mowy, a tym bardziej o kupnie. Wreszcie zdarzył się cud, przechodząc obok jednego ze znajomych butików zobaczyłam ogłoszenie o wyprzedaży. Nie była bym sobą gdybym nie weszła. Okazało się że sklep zostaje zlikwidowany, a z końcówek kolekcji nie pasuje nic, natomiast najwięcej stoi czarnych manekinów. Z panią Basią znamy się już ładnych kilkanaście lat i dobrze wie o moim zamiłowaniu do szycia, ale jednak trochę z uśmiechem patrzyła gdy mierzyłam wymiary jednej z „modelek”, jeszcze bardziej uśmiechnęła się gdy zaproponowałam kupno manekina.

Godzinę później biegałam po domu próbując znaleźć miejsce dla nowej zdobyczy. W końcu, decyzją rady rodziny „kobieta” wylądowała w sypialni.