O rzeczach smutnych pisać nie lubię, chociaż życie z samych wesołych się nie składa i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Czasami jednak dzieje się coś takiego, co wyrzucić z siebie trzeba, żeby chociaż samemu o tym przestać myśleć. Tak właśnie mam gdy chodzi o relacje międzyludzkie. Wiadomo, ludzie są różni, jedni nie pasują nam, innym my nie pasujemy. Dobrze, jeżeli da się to wyczuć (lub wprost określić) i ograniczyć kontakty w sposób zdrowy i naturalny. Niestety nie wszyscy tak mają. Jest pewna część ludzkości, która nie wiedzieć czemu uparcie chce się a nami przyjaźnić, i najczęściej są to ludzie bez stałego partnera, ale za to mający w mnóstwo czasu i pieniędzy.

Ileż czasu można słuchać o miłośnych podbojach, żaleniu się na innych, pieniądzach i imprezach. Ileż można dawać się na nie wyciągać, żeby nie urazić przyjaciela bo jego rozumowanie jest na poziomie „skoro ja stawiam to musi być zajebiście” i „koszty nie mają znaczenia”. Nie powiem, gdy czyjeś plany definitywnie kolidowały z moimi to nawet udało się wykręcić, bez większej obrazy ze strony zapraszającej, chociaż tłumaczeń było co niemiara. Ostatnio się jednak postawiłam, tak zwyczajnie, po ludzku… nie mam ochoty i tyle. Szok, niedowierzanie i obraza majestatu.

Od tamtego wieczoru minęło już trochę czasu. Kontakty ograniczyłam do odbierania telefonu i oznajmiania że kawa u nas – ok, wyjazd na imprezę – nie. Na kawę nie przyjechał, widać tacy przyjaciele mu nie pasują. Trudno, niech kupi sobie lepszych.