Moda na depresję

Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których na depresję trochę jest moda.

Słowo stało się wygodne. Używane lekko, czasem odruchowo. Nie diagnozuje się jej z taką powagą jak chorób ciała, nie bada z taką czujnością jak guzów, a jednak potrafi przykleić się do byle gorszego dnia.

Nie wyszło spotkanie. Ktoś zawiódł. Plan się rozsypał. Pada trzeci dzień z rzędu. „Mam depresję” – mówimy.

Z jednej strony nazywamy depresją coś, co jest zwyczajnym smutkiem, rozczarowaniem, naturalną reakcją na stratę czy porażkę. Negatywne emocje przestają mieć prawo istnieć jako część życia, więc od razu dostają etykietę choroby. A przecież człowiek ma prawo być przygnębiony. Ma prawo być zły. Ma prawo przeżywać.

Z drugiej strony – prawdziwe, subtelne sygnały są bagatelizowane. Nawet przez tych, których dotyczą. Bo „inni mają gorzej”. Bo „to tylko taki okres”. Bo „ogarnę się”. Bo przecież funkcjonuję. Pracuję. Rozmawiam. Uśmiecham się. I w tej sprzeczności łatwo coś przegapić.

To nie jest gorszy dzień

Depresja nie pachnie deszczem ani poniedziałkiem. Nie mija po weekendzie, po urlopie, po nowej fryzurze. To nie jest „nie chce mi się”. To jest „nie widzę sensu”. I to drugie jest znacznie cięższe.

Najbardziej przeraża mnie w niej to, że bywa tak cholernie logiczna. Bo przecież nic złego się nie wydarzyło. Nikt nie skrzywdził bardziej niż zwykle. Świat funkcjonuje dokładnie tak jak wczoraj. Ludzie są tacy sami. Obowiązki te same. Kawa smakuje podobnie. Można się uśmiechnąć. Można rozmawiać. Można nawet żartować.

A jednak gdzieś z tyłu głowy siedzi myśl jak kamień w kieszeni: to wszystko nie ma znaczenia.

Nie dramatycznie. Nie histerycznie. Spokojnie. Chłodno. Jakby ktoś przedstawił oczywisty fakt: świat kręcił się, zanim się pojawiłam, i będzie się kręcił, gdy mnie nie będzie. Każdy kiedyś umrze. Wszystko przeminie. Ukochane zwierzęta, ludzie, domy, wspomnienia. Ziemia kiedyś też.

I w tej perspektywie codzienność robi się dziwnie pusta.

Funkcjonowanie bez czucia

Depresja nie zawsze odbiera zdolność działania. Czasem odbiera sens działania.

Można pracować. Można odhaczać zadania. Można dbać o dom, rodzinę, sprawy. Z zewnątrz nic się nie wali. Nie trzeba udawać, bo wszystko wygląda normalnie. Tylko w środku jest jakby ciszej. Jakby ktoś przykręcił kolory. Jakby emocje zostały wyciszone do minimum, żeby nie przeszkadzały w przeżywaniu tej wielkiej, filozoficznej pustki.

I to jest podstępne, bo trudno wskazać moment, w którym coś się „zepsuło”. Nie było jednego wydarzenia. Jednego ciosu. Jest raczej rozlewający się cień.

Między etykietą a milczeniem

Może największy problem polega na tym, że skaczemy między dwiema skrajnościami. Albo nazywamy depresją wszystko, co boli. Albo udajemy, że prawdziwa depresja to przesada. A ona nie jest ani modą, ani wymysłem. Nie jest też zwykłym smutkiem. To stan, który potrafi być boleśnie racjonalny.

To myśl, która nie krzyczy, tylko szepcze: „czy to ma znaczenie?”. I ten szept potrafi być głośniejszy niż wszystkie komplementy, sukcesy i plany. Nie wiem, czy dobrze rozumiem depresję. Może tylko myślę, że ją znam. Ale wiem jedno – kiedy sens zaczyna się rozmywać, kiedy życie staje się obojętne, nie chodzi o pogodę ani o humor.

I wtedy warto potraktować to poważnie. Nie modnie. Nie lekko. Tylko naprawdę.