Taka stara jestem a taka głupia że aż szama czasami sobie się dziwię. Niby człowiek ma te -dziści lat za sobą, widział wiele, i jeszcze więcej słyszał, i wydawało by się że nic go nie zaskoczy. Z techniką jakoś sobie radzę, co trzeba „wygugluję”, fejsa ogarniam i jeszcze kilkadziesiąt innych programów, portali i blogów. Pomimo kilkunastoletniego doświadczenia w pracy z komputerem nie mam się za specjalistkę, a prędkość rozwoju technologi z lekka mnie przeraża. Ponieważ cenię sobie kontakt z drugim człowiekiem, szukając pomocy prędzej czy później trafiam na kogoś kto mi pomoże (czyt. deklaruje chęć pomocy).

Ot, własnie niedawno szukając ratunku dla mojego super nowoczesnego sprzętu zwróciłam się do pewnej, renomowanej firmy, gdzie szalenie miły, około 30-letni mężczyzna podjął się pomocy. Z początku poziom komunikacji był wspaniały. W zasadzie nic dziwnego, przecież za to płacę. Niestety jak się okazało, prowizoryczna naprawa szybko się wysypała, więc ponownie zgłosiłam się do ów młodego człowieka. Tym razem nie było już tak miło, a w głosie wyczuwałam irytację. Pomyślałam że ma gorszy dzień, ale nie brałam pod uwagę że zwyczajnie może nie mieć pojęcia co się dzieje, bo jakoś sobie poradził… do czasu. Reakcja na moje trzecie zgłoszenie zwaliła mnie z nóg. Zaczynając od absurdalnych zarzutów że to moja wina, aż po czepianie się sprzętu. Pomocy nie uzyskałam, a jedynie „serdeczną” radę żeby oddać komputer do sklepu.

Przyznam że nie miałam ochoty szukać kolejnego fachowca. Z pewnością moje dzieciaki poradziły by sobie z problemem, gdyby nie fakt że akurat żadne z nich nie było w okolicy. W perspektywie życia bez komputera przynajmniej przez kilka dni, sama zaczęłam szukać rozwiązania. Łatwo nie było, ba, nawet mogę stwierdzić że było trudno, ale dałam radę… przeciwnie do specjalisty. I jak wierzyć w czyjś profesjonalizm??