Nie każdy, kto widział świat, widzi człowieka
Są ludzie, którzy wchodzą do naszego życia nie jak zwykli znajomi, ale jak osobne kontynenty. Mają w sobie egzotykę, historię, kurz dalekich dróg i ciężar opowieści, których nie da się streścić przy jednej kawie.
Artur był właśnie kimś takim.
A właściwie — nie wiem, czy „był” to dobre słowo. Nigdy nie poznałam go z widzenia. Nie wiem, jak wygląda, jak gestykuluje, jaką ma minę, gdy żartuje, ani jak patrzy na człowieka, gdy mówi coś ostrego. Znam go tylko z głosu. Z częstych, długich rozmów telefonicznych, które czasem zaczynały się niewinnie, a kończyły po kilku godzinach, kiedy człowiek orientował się, że za oknem zmieniło się światło.
Gdy dowiedziałam się, że ktoś taki jak Artur szuka takiej osoby jak ja, z przyjemnością dałam swój numer telefonu.
Znałam go z opowieści o człowieku, który nie boi się wyzwań. Zwiedził pół świata i zna życie od bajecznego bogactwa aż po bezdomność, szemrane interesy i ciężką harówkę. Właśnie pracował nad kolejnym biznesem i, mając świadomość, jak ciężko jest samemu, szukał wspólnika. Ponieważ projekt był online i nie wymagał spotkań ani rezygnacji z obecnego trybu życia, zgodziłam się bez wahania.
Nigdy nie miałam głowy ani szczególnej ochoty na prowadzenie własnej działalności. Męczyło mnie samo myślenie o papierologii, pieniądzach i pracy jednocześnie. Może właśnie dlatego, a może z wewnętrznego lenistwa, po dwóch nieudanych próbach działalności wybrałam pracę u kogoś. Cała reszta jest bardziej hobby niż pracą zarobkową, dającą co najwyżej kieszonkowe na chwilowe fanaberie.
Właściwie nie wiem, co Arturowi powiedziano o mnie, ale od początku był entuzjastycznie nastawiony. Już pierwsza rozmowa szybko przerodziła się z konkretnego omówienia współpracy w przyjacielską pogawędkę. Po wstępnym zarysie projektu zeszliśmy na tematy bardziej przyziemne i rozmawialiśmy ponad trzy godziny. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że Artur jest klasycznym gadułą.
Człowiek, który naprawdę żył
Są ludzie, którzy przechodzą przez życie ostrożnie. Krok po kroku. Od szkoły do pracy, od pracy do domu, od domu do rodziny, od rodziny do przewidywalnej codzienności. Artur taki nie jest. On żył szeroko, gwałtownie, nierówno. Jakby ktoś co kilka lat zmieniał w jego życiu scenografię, walutę, język i wysokość, z której można spaść. Był bardzo wysoko. Naprawdę wysoko.
Znał pieniądze, które dają poczucie niemal nieograniczonej wolności. Znał miejsca, w których zwykły człowiek czułby się jak statysta w filmie o cudzym luksusie. Pracował tam, gdzie świat pachnie sukcesem, drogimi wnętrzami i ludźmi przekonanymi, że wszystko można kupić, załatwić albo ominąć. Ale znał też dół. Nie symboliczny. Nie literacki. Prawdziwy. Znał upadek, utratę, bezdomność, życie bez zabezpieczeń, bez miękkiego lądowania, bez tej wygodnej pewności, że „jakoś to będzie”. Prowadził firmy, zaczynał, zamykał, tracił, podnosił się, znowu próbował. Przechodził przez etapy, po których wielu ludzi już nigdy nie odzyskałoby odwagi.
Dlatego nie potrafię go po prostu zbyć. Nie mogę powiedzieć: „on tylko narzeka”. Bo on nie tylko narzeka. On mówi z miejsca, w którym naprawdę coś się wydarzyło.
Gdy rozmowy zaczynają ważyć
Plany, jak to zwykle bywa, często rozmijają się z oczekiwaniami. Chociaż od naszej pierwszej rozmowy minęło pół roku, a nasza współpraca stoi pod znakiem zapytania, Artur wciąż do mnie dzwoni. Tak po prostu.
Pogadać o dniu dzisiejszym. O mikrosukcesach. O nowych informacjach. O tym, co udało się załatwić, co się przesunęło, co znowu stanęło w miejscu. Czasem o biznesie, czasem o świecie, czasem o ludziach, którzy — według niego — kolejny raz udowodnili, że nie warto mieć o nich zbyt dobrego zdania.
Teraz, gdy odbieram od niego telefon, a on kolejny dzień zaczyna opowiadać o tym, co go dzisiaj zdenerwowało, czasem mówię:
— Tak, wiem… ludzie to idioci.
A on mi przerywa:
— Bo to prawda.
I wtedy przestaję go słuchać. Nie dlatego, że nic mnie nie obchodzi. Nie dlatego, że jestem niemiła. Raczej dlatego, że znam już kierunek tej rozmowy. Wiem, gdzie dopłyniemy. Do tego samego portu, który wcale nie jest portem, tylko kolejnym skalistym brzegiem: ludzie są głupi, kraj jest beznadziejny, większość nie rozumie świata, związki są kosztowne, rodzina to odpowiedzialność finansowa o kosmicznych sumach, a naiwność innych aż prosi się o bolesną lekcję.
Zaczynam się zastanawiać, na ile jego słowa dotyczą mnie. Czy gdybyśmy stanęli kiedyś w prawdziwej konfrontacji, też potraktowałby mnie jak idiotkę? Czy ja jestem wyjątkiem, bo akurat rozmawia ze mną po przyjacielsku? A może wyjątki istnieją tylko do pierwszego momentu, w którym człowiek przestaje się zgadzać?
Rany przerobione na filozofię
Gdy człowiek dużo przeżył, łatwo pomylić jego gorycz z mądrością. Łatwo uznać, że skoro widział świat, miał fortunę, stracił ją, był na dnie, zaczynał od nowa i zna życie od strony, której inni nawet nie dotknęli, to jego słowa muszą mieć większą wagę.
Czasem mają. Ale nie zawsze. Zdarza się, że człowiek nie wychodzi z trudnych doświadczeń mądrzejszy. Czasem wychodzi z nich tylko bardziej opancerzony. Bardziej podejrzliwy. Bardziej przekonany, że skoro jego bolało, to inni też powinni przestać wierzyć w cokolwiek miękkiego. Artur swoje rany przerobił na filozofię. A pogardę nazwał inteligencją.
W jego opowieściach większość ludzi jest głupia. Ojczyzna jest beznadziejna. Związki są ekonomiczną pułapką. Rodzina to obciążenie, na które trzeba mieć niemal fortunę. Stabilność jest iluzją. Marzenia są dla naiwnych. Wiara w zwyczajne życie to dowód, że ktoś jeszcze za mało dostał od świata po twarzy. Na życie trzeba mieć plan A, B, C… nawet miliony kolejnych które pomogą zdobyć fortunę bo tylko pieniądz się liczy.
I kiedy się tego słucha raz — brzmi intrygująco. Kiedy słucha się tego wiele razy — zaczyna być duszno. Bo człowiek może mówić: „ja tylko widzę więcej”. Ale czasem widzenie więcej oznacza po prostu patrzenie przez brudną szybę własnych ran.
Rozbitek z paszportem zdobywcy
Z jednej strony jest w nim coś z człowieka, który wygrał z ograniczeniami. Widział to, czego ja nie widziałam i o czym nawet nie myślałam. Przekraczał granice, które dla wielu są tylko linią na mapie albo marzeniem odkładanym na później.
Ma w sobie magnetyzm kogoś, kto nie czytał o życiu w książkach motywacyjnych, tylko sam był materiałem na kilka rozdziałów. Można go słuchać z ciekawością. Można śmiać się z jego anegdot. Można pomyśleć: „kurczę, on naprawdę miał odwagę”. Ale pod tą warstwą zdobywcy jest rozbitek.
Nie taki, który nie zna lądu. Raczej taki, który dopływał do wielu brzegów, ale żaden nie stał się domem. Wchodził w różne światy, ale nigdzie chyba nie zdjął z siebie tej wewnętrznej gotowości do ucieczki. Jakby całe życie miał spakowaną wewnętrzną walizkę. Jakby nigdy do końca nie uwierzył, że coś może być na stałe.
Patrzę na Artura — a właściwie słucham go — i mam wrażenie, że on zna wszystkie morza, ale nie potrafi uwierzyć w żaden brzeg poza takim który sam sobie kupi. Bo jeśli człowiek uwierzy, to musi przestać płynąć i zaufać komuś innemu. Musi zostać, wziąć odpowiedzialność nie tylko za przetrwanie, ale też za obecność. Za kogoś. Za coś. Za codzienność, która nie jest spektakularna, ale właśnie dlatego bywa najtrudniejsza.
Wsparcie, po którym trzeba odpocząć
Artur czasem mówi, że mnie wspiera. I ja wierzę, że w jakiejś części naprawdę tak myśli. Może chce mnie ochronić przed błędami. Może widzi ryzyka szybciej niż inni. Może jego krytycyzm jest formą troski, tylko bardzo źle ubraną. Może nie umie inaczej, bo sam był w życiu za często zmuszony zakładać zbroję.
Ale po rozmowie z nim nie zawsze czuję się wsparta. Częściej czuję się zmęczona. Jakby ktoś wziął moje plany, obrócił je pod światło i pokazał każdą rysę. To dziwne uczucie: rozmawiać z kimś, kto teoretycznie stoi po twojej stronie, a praktycznie odbiera ci oddech.
Niby mówi: „myśl”, „jesteś inna”, „chcę ci pomóc”, ale po wszystkim człowiek siedzi cicho i czuje, że w środku coś opadło. Przegrałam życie bo nie zostawiam dziecku świetnie zarabiającej firmy. Nie mam zabezpieczenia na astronomiczną sumę w razie „wu”, a to co zbudowałam latami jest domkiem na piasku bo bez fortuny i znajomości nikt nie jest w stanie mi pomóc.
Nie chcę pisać o Arturze jak o potworze, bo nim nie jest. Nie chcę też robić z niego biednej ofiary życia, bo to byłoby zbyt proste i zbyt wygodne. Jest dorosłym człowiekiem. Inteligentnym. Doświadczonym. Ciekawym. Czasem zabawnym. Czasem przenikliwym. Czasem okrutnie trafnym.
Ale jest też człowiekiem, po którym trzeba odpocząć. Są ludzie, którzy wnoszą do pokoju powietrze. Po spotkaniu z nimi chce się działać, nawet jeśli wcześniej było trudno. Artur częściej wnosi ciężar. Nie zawsze i nie w każdej rozmowie. Ale wystarczająco często, żebym zaczęła zauważać, że moja sympatia do niego nie chroni mnie przed skutkami jego słów.
Zazdroszczę mu historii. Tej skali życia. Tego, że się odważył. Że nie przesiedział wszystkiego w jednym miejscu, z jednym lękiem i jedną wymówką. Zna świat nie z obrazków, ale z własnych nóg, lotnisk, rozmów, prac, ryzyk i upadków. Zazdroszczę mu wolności, nawet jeśli była okupiona chaosem. Odwagi zaczynania od nowa, choć nie wiem, ile w tym było jego decyzji a ile przymusu. Ale nie zazdroszczę mu samotności. Nie zazdroszczę mu tego nieustannego dystansu wobec ludzi. Patrzenia z góry, które może przez chwilę daje poczucie przewagi, ale na dłuższą metę chyba bardzo oddala od ciepła.
Na ile to doświadczenie, a na ile rana?
Artur mógłby ze swojego doświadczenia zrobić mapę. Zrobił z niego mur. Mógłby być kimś, kto po przejściach rozumie więcej ludzkich słabości. Jednak częściej brzmi jak kolekcjoner ludzkich słabości wykorzystywane jako dowód oskarżenia przeciwko światu. I może właśnie dlatego jest mi go żal. Bo pod tą inteligencją, ironią, podróżami, historiami i ostrym językiem słyszę człowieka, który chyba bardzo dawno temu przestał wierzyć, że można gdzieś naprawdę zostać.
Najczęściej wracam w myślach do jednego pytania: na ile jego gorycz i niechęć do ojczyzny są zbiorem doświadczeń, a na ile nienawiścią do własnych porażek, do siebie, a tym samym do drugiego człowieka?
Bo można nie lubić kraju z konkretnych powodów, mieć za sobą złe doświadczenia, widzieć wady systemu, mentalności, ludzi, obyczajów. Można być krytycznym i mieć do tego prawo. Ale czym innym jest krytyka, a czym innym wewnętrzne wypisanie się ze wszystkiego, co przypomina dom. Czym innym jest trzeźwa ocena, a czym innym pogarda, która rozlewa się na każdego, kto myśli prościej, żyje spokojniej albo wciąż próbuje wierzyć w sens zwyczajności.
To dla mnie jedna z trudniejszych lekcji.
Doświadczenie jest cenne. Ale samo doświadczenie nie wystarczy. Trzeba jeszcze umieć je przetrawić. Oddzielić wiedzę od urazy. Ostrożność od pogardy. Realizm od zgorzknienia. Troskę od kontroli. Inteligencję od potrzeby wyższości. Bo inaczej człowiek wraca z życia nie z mądrością, tylko z walizką pełną kamieni. A potem rozdaje te kamienie innym i nazywa to pomocą.
Dziś staram się słuchać Artura z większą świadomością. Nie odrzucam wszystkiego, co mówi, bo byłoby to niemądre. Czasem ma rację. Czasem widzi coś, czego ja nie widzę. Czasem jego sceptycyzm może uchronić przed zbyt łatwym entuzjazmem. Ale nie pozwalam już, żeby jego ton stawał się moim wewnętrznym głosem. To ważna różnica.




