Nieoczekiwana zamiana ról

Przez ponad dziesięć pierwszych lat naszego małżeństwa istniał w domu pewien naturalny podział obowiązków.

Naturalny oczywiście w tym sensie, że nikt go nigdy nie ustalał, nie negocjował i nie podpisywał stosownego aneksu w dwóch egzemplarzach. Po prostu wszystko, co miało rubryki, terminy, pieczątki, numery klienta, podpisy, kolejki, okienka i panią mówiącą „brakuje jeszcze jednego załącznika”, należało do mnie. Rachunki, podatki, lekarze, kredyty, sprawy związane z gospodarstwem, dzieckiem, szkołą, urzędami i wszystkim tym, co dorosły człowiek podobno załatwia mimochodem pomiędzy obiadem a wieczornymi wiadomościami. Ja nie załatwiałam tego mimochodem. Ja byłam rodzinnym działem administracji.

eM natomiast przez długie lata prezentował w tej dziedzinie bezradność tak doskonałą, że można ją było oprawić w ramkę. Gdy dawałam mu dokument i mówiłam: „Tu podpisz”, potrafił jeszcze zapytać: „Tutaj?”. Wskazywałam palcem miejsce. „Tu?”. Tak, dokładnie tam, gdzie jest napisane „podpis”. Samodzielne załatwienie czegokolwiek należało więc do kategorii zadań wysokiego ryzyka. Nie dlatego, że eM był głupi. Absolutnie nie. Po prostu skoro przez lata obok niego funkcjonowała osoba, która wiedziała, gdzie zadzwonić, co powiedzieć, jaki formularz pobrać i dlaczego trzeba zabrać dowód osobisty, to po co miał sobie tym zawracać głowę? Człowiek jest stworzeniem wyjątkowo szybko przystosowującym się do wygody. Zwłaszcza cudzej.

Drobne przesunięcia kadrowe

Później zrobiłam prawo jazdy, zaczęłam pracować na trzy zmiany i mój perfekcyjnie działający rodzinny sekretariat zaczął mieć problemy kadrowe. Nie mogłam już być wszędzie. Początkowo przekazywałam eM zadania w wersji dla początkujących. „Zawieź to pod ten adres. Wejdź tym wejściem. Drugie piętro. Pokój 214. Daj pani ten dokument. Jak zapyta o coś innego, zadzwoń”. Instrukcje miały objętość procedur startowych wahadłowca kosmicznego, mimo że chodziło czasem o dostarczenie jednej kartki papieru. eM wykonywał zadanie, wracał żywy, dokument zostawał przyjęty, a ja stopniowo zaczynałam podejrzewać, że być może jednak potrafi funkcjonować bez mojego nadzoru.

Prawdziwa rewolucja nastąpiła, kiedy zaczęłam na stałe pracować do południa. Urzędy, przychodnie, banki i wszystkie inne instytucje mają bowiem pewną fascynującą cechę: są najbardziej dostępne dokładnie wtedy, kiedy człowiek jest w pracy. Moja niemożność wyrwania się choćby na godzinę sprawiła, że eM nie dostał już instrukcji typu „zawieź i wróć”. Dostał pełnomocnictwo do życia. Musiał zadzwonić. Dowiedzieć się. Umówić. Zapytać. Wypełnić. Dopilnować. A przede wszystkim podejmować samodzielne decyzje bez konsultacji z centralą.

Naturalna siła rzeczy

I wtedy wydarzyła się rzecz, której przez pierwszych dziesięć lat naszego małżeństwa nie przewidziałabym nawet w najbardziej absurdalnym scenariuszu. eM nie tylko nauczył się wszystko załatwiać. On zaczął załatwiać również moje sprawy.

Dzisiaj zdarza się, że mówi mi: „Masz lekarza w czwartek o dziewiątej trzydzieści”. Patrzę na niego trochę podejrzliwie i pytam: „Jakiego lekarza?”. „Tego, do którego miałaś się umówić”. No tak. Miałam. Zapomniałam. On nie zapomniał. Innym razem informuje mnie, że coś trzeba podpisać, gdzieś zadzwonić albo że spotkanie zostało przełożone. Człowiek, któremu kiedyś musiałam wskazywać palcem miejsce na podpis, zaczął zarządzać moim kalendarzem.

Całkowita zamiana ról

Nie zaplanowana, nie przedyskutowana przy stole i nie poprzedzona żadną wielką małżeńską reformą. Zwyczajnie wymuszona przez życie. I chyba właśnie dlatego zadziałała. Gdybym kilkanaście lat temu próbowała przekonać eM, że powinien bardziej angażować się w „papierologię”, zapewne usłyszałabym, że przecież ja robię to szybciej, lepiej i wiem, jak. Miałby zresztą rację. Problem polegał na tym, że robiłam to szybciej i lepiej właśnie dlatego, że robiłam to zawsze.

Dziś czasem myślę, ile rzeczy robimy za innych tylko dlatego, że kiedyś zaczęliśmy. Nie dlatego, że tylko my potrafimy. Nie dlatego, że druga osoba sobie nie poradzi. Nawet nie dlatego, że jest leniwa. Po prostu powstał układ, który działa, więc nikt go nie rusza. Jedna osoba pamięta o rachunkach, druga o samochodzie. Jedna umawia lekarzy, druga wie, gdzie leżą klucze od piwnicy. Po kilkunastu latach wszyscy są przekonani, że tak już musi być.

A potem wystarczy zmienić godziny pracy

I nagle okazuje się, że człowiek, który podobno „nie umie załatwiać takich rzeczy”, radzi sobie doskonale i zapewne zadzwonił by do samego papieża, gdyby zaszła taka potrzeba.

Najgorsze jest tylko to, że teraz nie mogę już powiedzieć: „eM, ty sobie z tym nie poradzisz”. Bo nie dość, że sobie poradzi, to jeszcze bardzo możliwe, że załatwi to szybciej ode mnie.