O WordCamp Europe 2026

Hobbystycznie, między innymi, jestem webmasterem. Nie znam angielskiego.

Jednak jedno drugiego ani nie ułatwia, ani nie wyklucza. Zwłaszcza w czasach, kiedy wszystko można przetłumaczyć, kliknąć, wyszukać, zapytać sztucznej inteligencji. Konkretnie tworzę strony internetowe w oparciu o najpopularniejszy CMS chyba na całym świecie, a na pewno na całkiem sporej jego części. I jak to w informatyce — człowiek może sobie wmówić, że coś już umie, ale technologia bardzo szybko wyprowadza go z błędu. Wczorajsze „wiem jak to zrobić” dzisiaj potrafi zamienić się w „dlaczego to już nie działa?”, dlatego staram się być na bieżąco. Jeżdżę więc na spotkania, szkolenia, konferencje, słucham mądrzejszych od siebie i czasem nawet coś z tego rozumiem. Gdy dowiedziałam się, że w Krakowie odbędzie się WordCamp Europe 2026, uznałam, że nie mogę tego przegapić. Europa w nazwie powinna oczywiście zapalić mi w głowie małą kontrolkę z napisem „angielski”, ale przecież żyjemy w XXI wieku. Nieznajomość języka? Drobnostka. Są translatory.

Grunt to dobre przygotowanie

Przed wyjazdem podeszłam do sprawy profesjonalnie. Przetestowałam kilka aplikacji tłumaczących mowę na żywo, kupiłam słuchawki, dokupiłam transfer internetu i właściwie czułam się przygotowana lepiej niż niejeden uczestnik, który po prostu znał angielski. Technologia miała załatwić za mnie kilkanaście lat zaniedbań edukacyjnych i nie widziałam żadnego powodu, dla którego miałaby sobie z tym nie poradzić. W drzwiach przywitał nas ochroniarz (po polsku) i wskazał miejsce odbioru identyfikatorów… i właściwie na tym skończyła się slyszalność języka polskiego…

Przy stanowisku rejestracji można było porozumieć się w kilku językach świata, tylko akurat naszego zabrakło w pakiecie. Przy stoiskach sponsorów podobnie. Na korytarzach również. Kraków niby ten sam, Wisła podobno nadal płynęła w tym samym miejscu, ale po przekroczeniu drzwi ICE Kraków miałam wrażenie, że ktoś bez ostrzeżenia teleportował mnie do innego kraju. I właśnie wtedy powinnam była wyjąć telefon, założyć słuchawki, uruchomić translator i spokojnie wejść na salę. Oczywiście tego nie zrobiłam. Emocje mają tę cudowną właściwość, że dokładnie wtedy, kiedy najbardziej potrzebujemy logicznego myślenia, mózg postanawia zająć się czymś innym.

I jak to zwykle bywa…

Usiadłam więc na sali, rozpoczęła się pierwsza prelekcja i dopiero po chwili przypomniałam sobie o całej technologicznej tarczy ochronnej, którą tak starannie przygotowywałam przed wyjazdem. Słuchawki — są. Telefon — jest. Translator — jest. Internet — nie ma. Aplikacja przez moment udawała, że próbuje, później przestała nawet udawać. Kombinowanie, przełączanie, ponowne uruchamianie, sprawdzanie zasięgu. Nic. Człowiek siedzi na jednej z największych europejskich konferencji związanych z internetem i nie ma internetu. Jest w tym jakaś poetycka sprawiedliwość. Trochę się zezłościłam, trochę rozczarowałam, a później zaczęłam robić to, co człowiek robi od tysięcy lat, zanim powstały aplikacje — obserwować i próbować zrozumieć z kontekstu. I ku mojemu zaskoczeniu coś jednak rozumiałam. Slajdy znałam, nazwy wtyczek znałam, WordPressa znałam, część określeń technicznych też. Kiedy ktoś pokazywał ekran administracyjny, byłam wręcz niemal dwujęzyczna. Gorzej było, gdy zaczynał mówić o wszystkim pomiędzy slajdami.

Czas na polski

Język polski wrócił do mojego życia podczas obiadu, chociaż oczywiście w harmonogramie nie było żadnego obiadu, był lunch. Kelnerzy i kelnerki przede wszystkim mówili po polsku i dopiero wtedy pomyślałam, że być może w tym międzynarodowym tłumie polski wydał im się po prostu rozwiązaniem najbardziej praktycznym. W końcu ktoś musiał tu jeszcze pamiętać, że jesteśmy w Krakowie. Największe zaskoczenie przyszło jednak później. Po zakończeniu prelekcji wyszliśmy z ICE i nagle nastąpił cud. Ludzie zaczęli mówić po polsku. Ci sami ludzie, których kilka godzin wcześniej słyszałam rozmawiających wyłącznie po angielsku, teraz bez najmniejszego problemu dyskutowali o konferencji, Krakowie, jedzeniu i tym, gdzie pójść wieczorem. Co więcej, nie wszyscy byli Polakami. Akcenty zdradzały różne miejsca pochodzenia, podobnie jak kilka innych drobiazgów, których nie sposób pomylić.

Przeżyłam, nie było innego wyjścia

Przeżyłam dwa dni. Część materiałów nagrałam, część sfotografowałam, część wyłapałam naturalnie, bo jednak siedzę w tej branży wystarczająco długo, żeby wiedzieć, o czym ktoś mówi, nawet jeśli nie rozumiem dokładnie, co mówi. Wróciłam z wiedzą, inspiracjami, masą zdjęć, kilkoma pomysłami i sporym niedosytem.

Niestety trzeba nauczyć się angielskiego. Tyle teoria. Wczoraj nie miałam czasu. Dzisiaj również nie mam. W przyszłym tygodniu może znajdę. Chociaż znam siebie na tyle dobrze, że istnieje również wariant alternatywny: przetestuję kolejne translatory, kupię lepsze słuchawki i uznam, że tym razem technologia na pewno mnie nie zawiedzie. Zawsze można też nie ruszać się z domu. Albo wybierać wyłącznie konferencje po polsku. Ewentualnie pogodzić się z tym, że człowiek nie musi umieć wszystkiego. W końcu w pewnym wieku mija już przekonanie o własnej niezniszczalności i wszechmocy. Zostaje tylko świadomość, że na wszystko czasu nie starczy. I może nawet odrobina pokory. Chociaż z tą ostatnią też bym nie przesadzała. 😉