Partnerstwo to bzdura
Po ponad 25 latach małżeństwa człowiek nabywa kilka dość osobliwych umiejętności.
Niektóre są zupełnie bezużyteczne, inne wręcz przeciwnie. Jedną z tych drugich jest przewidywanie zachowania współmałżonka.
I nie mam na myśli żadnej telepatii, energii kosmicznej ani czytania w kartach. Po prostu po tylu latach wspólnego życia wystarczy odpowiednia sytuacja, żeby mniej więcej wiedzieć, co za chwilę nastąpi. Czasami nawet wtedy, gdy zainteresowany zarzeka się, że będzie zupełnie inaczej. Ba! Bywa, że zachowanie eM potrafię przewidzieć znacznie lepiej niż własne.
Siebie jeszcze czasem zaskakuję. Jego – zdecydowanie rzadziej.
Człowiek się zmienia. Podobno
Niby się starzejemy. Zbieramy doświadczenia, zmieniamy poglądy, mamy inne problemy niż dwadzieścia lat temu. Kiedyś stresowało nas to, czy wystarczy do pierwszego, później dzieci, praca, dom, remonty, zdrowie, rachunki i milion innych rzeczy, których młody człowiek nawet nie bierze pod uwagę. Tyle że wraz ze zmianą problemów niekoniecznie zmienia się sposób reagowania na nie.
Ktoś, kto dwadzieścia lat temu podejmował decyzję w pięć minut, nadal najczęściej podejmuje ją w pięć minut. Ten, kto analizował wszystko przez tydzień, dziś analizuje jeszcze dokładniej, bo oprócz własnej głowy dostał do pomocy internet. Kto ryzykował – nadal ryzykuje. Kto zawsze wybierał bezpieczną opcję – zazwyczaj dalej jej szuka.
To samo z przyjemnościami, wydawaniem pieniędzy, odpoczynkiem czy podejściem do nowych pomysłów. Okoliczności są inne, ale człowiek w środku często pozostaje zaskakująco podobny. I chyba właśnie dlatego po ćwierćwieczu wspólnego życia można prowadzić mały prywatny zakład bukmacherski. Powiem coś – wiem, jaka będzie odpowiedź. Pokażę coś – wiem, co eM się w tym nie spodoba. Zaproponuję rozwiązanie – mniej więcej wiem, gdzie znajdzie problem.
Najzabawniejsze jest to, że on prawdopodobnie może zrobić dokładnie to samo ze mną. Tylko nie wiem, czy chcę o tym wiedzieć.
Kiedyś wierzyłam w partnerstwo
Krótko po ślubie byłam przekonana, że dobry związek polega na partnerstwie i wspólnym podejmowaniu decyzji. Brzmi pięknie. Dwie dorosłe osoby siadają, przedstawiają argumenty, spokojnie dyskutują, dochodzą do kompromisu i oboje są zadowoleni. Prawie jak folder reklamowy banku. Po latach zaczęłam podejrzewać, że w związku dwóch osób o różnych charakterach, gustach i sposobach myślenia taka wersja partnerstwa jest w dużej mierze teorią. Bo jak właściwie wspólnie zdecydować, co jest ładne?
Dla mnie coś jest świetne. Dla eM – niezbyt. I co teraz? Mamy przeprowadzić głosowanie? Problem w tym, że są tylko dwa głosy. Referendum też raczej odpada. eM twierdzi, że mam dobry gust, więc teoretycznie pozwala mi realizować moje pomysły. Problem pojawia się mniej więcej w chwili, gdy projekt zaczyna być realizowany. Wtedy często następuje magiczne:
– A może tutaj zrobimy inaczej?
I właśnie te niewinne „może” potrafią zmienić wszystko. Bo ja już widzę gotową całość. Kolory, dodatki, proporcje, efekt. On widzi jedno miejsce, które jego zdaniem należałoby poprawić. Poprawiamy. Potem kolejne. I jeszcze jedno. Na końcu patrzę na efekt i zastanawiam się, gdzie właściwie podział się mój pomysł.
Nasz kompromis wygląda inaczej
Po latach doszłam do wniosku, że większość naszych decyzji wcale nie jest wspólna. Jedne podejmuje eM, a ja przymykam oko. Inne podejmuję ja, a on przymyka oko. Czasami jedno z nas protestuje trochę dla zasady, czasami naprawdę ma coś przeciwko, a czasami zwyczajnie uznaje, że nie warto rozpoczynać dyskusji o rzeczy, z którą da się żyć. I chyba właśnie na tym polega nasze realne partnerstwo. Nie na tym, że oboje jesteśmy zachwyceni. Raczej na tym, że jedno jest zachwycone, a drugie uznaje:
„Dobra. Przeżyję.”
Potem przychodzi etap poprawek, drobnych ustępstw i kombinowania, żeby każde dostało chociaż kawałek tego, czego chciało. Efekt? Najczęściej jest dobrze. Czasem nawet bardzo dobrze. Tylko któreś z nas prawie zawsze ma gdzieś z tyłu głowy niewielkie:
„Ja zrobiłabym to trochę inaczej.”
Remont prawdę ci powie
Ostatni remont tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że partnerstwo rozumiane jako stuprocentowe, obopólne zadowolenie z każdej decyzji jest logicznie dość podejrzaną konstrukcją. Tym razem byłam jednak bogatsza o ćwierć wieku doświadczeń. Wiedziałam, z kim mam do czynienia. Dlatego pilnowałam eM niemal na każdym kroku.
Lampy? Kupowałam osobiście.
Farby? Osobiście.
Meble? Również.
W najważniejszych sprawach otrzymywał prawo głosu. Pokazywałam.
– Podoba ci się?
Jeżeli słyszałam „nie”, szukałam dalej. I dalej. I jeszcze dalej. Aż wreszcie przychodził moment, kiedy zamiast „nie” padało:
– Niech będzie.
Teoretycznie zgoda. Praktycznie nie zawsze wiedziałam, czy oznacza to „Tak, podoba mi się” czy raczej: „Mam już serdecznie dość oglądania siedemnastej lampy, kup ją i zakończmy ten temat”. Podejrzewam drugą możliwość. Ale zgoda to zgoda.
Tylko jaki kompromis przy kolorze ściany?
Największy problem z całą teorią kompromisu polega na tym, że świetnie brzmi w sprawach, które można podzielić. Ty chcesz tydzień nad morzem, ja tydzień w górach? Możemy pojechać tu i tu. Ty chcesz wydać dziesięć tysięcy, ja pięć? Możemy zastanowić się nad siedmioma.
Ale kolor ściany? Ja chcę żółtą. On niebieską. Czy logicznym kompromisem jest zielona? No właśnie niekoniecznie. Bo może się okazać, że zielonej nie chce żadne z nas. Wtedy osiągamy coś naprawdę wyjątkowego – idealną równość w niezadowoleniu. Podobnie jest z lampą. Ja chcę prostą. eM ozdobną. Kupimy średnio ozdobną? Albo pół lampy prostej, pół fantazyjnej?
Są decyzje, których zwyczajnie nie da się podzielić na pół. Ktoś musi zdecydować. A drugie musi uznać, że świat się od tego nie zawali.
Nie wszystko trzeba robić razem
Dzisiaj chyba inaczej rozumiem partnerstwo niż dwadzieścia kilka lat temu. Nie jako wspólne podejmowanie każdej decyzji. Nie jako obowiązkowe poszukiwanie rozwiązania, którym oboje będziemy zachwyceni. I już na pewno nie jako nieustanne kompromisy. Bo kompromis również może być beznadziejny. Może sprawić, że zamiast jednej zadowolonej osoby i jednej średnio zadowolonej mamy dwie średnio niezadowolone. Może czasami znacznie rozsądniej jest zwyczajnie uznać: „Tobie zależy na tym bardziej, więc zrób po swojemu.” Oczywiście pod warunkiem, że druga osoba potrafi później powstrzymać się od triumfalnego:
„A nie mówiłem?”
To już wyższa szkoła małżeństwa. Po ponad 25 latach wiem więc, że nasze wspólne decyzje wcale nie muszą być wspólne. Czasem decyduję ja. Czasem eM. Czasem jedno odpuszcza. Czasem drugie udaje, że odpuszcza, po czym trzy tygodnie później przypadkiem wraca do tematu. I jakoś działa. Może właśnie dlatego, że przestałam wierzyć, iż dobry związek oznacza identyczne zdanie. Nie oznacza. Po tylu latach nadal potrafimy patrzeć na dokładnie tę samą rzecz i widzieć coś zupełnie innego.
Tylko teraz przynajmniej wiem, co eM za chwilę powie. A najgorsze jest to, że czasami wiem to jeszcze zanim pokażę mu tę cholerną lampę.




