Każdy dorosły człowiek miał do czynienia z urzędnikami przynajmniej raz w życiu, chociażby w momencie odbierania dowodu osobistego. W sumie czy chcemy czy nie, co jakiś czas musimy odwiedzać różne urzędy państwowe chociaż wszędobylska biurokracja doprowadziła do powstania wszelkiego rodzaju biur pośrednictwa. Pomysł z pomocą w załatwianiu różnych spraw jest świetny, i sama w ekstremalnych sytuacjach z nich korzystam, ale nie zawsze jest to możliwe.

Uraz do urzędników – efekt doświadczeń

Dziś trudno określić czy bardziej zniechęciłam się do urzędników przez doświadczenia z czasów prowadzenia firmy czy wynikają one ze wspomnień z dzieciństwa, gdy to z koleżanką biegałyśmy do UG do jej mamy gdzie niemal zawsze pachniało kawą i można było dostać coś słodkiego. Niby fajne jak na dziecięce wspomnienia, szczególnie że mama koleżanki jeszcze przez kilka lat potrafiła załatwić coś „od ręki”… ale potrafiła tylko w tym jedynym urzędzie. W każdym innym człowiek musiał odstać w kolejkach, czasami absurdalnie długich.
Gdy to wszystko poskładałam, dotarło do mnie że być może wszystko szło by sprawniej gdyby nie nasiadówki pań z kawą i obsługa „po znajomości”. Nie raz miałam wrażenie że nawet osoba umawiająca spotkanie nie zwraca uwagi na to co mówi, bo bez sensu jest zapisywanie petentów co 5 minut jak z góry wiadomo że na większość spraw potrzeba przynajmniej drugie tyle czasu.

Wolę dać zarobić innym niż tracić nerwy na czekaniu

Mawiają „czas to pieniądz”, doszło do tego że sama się o tym przekonałam. W momencie gdy otworzyłam własną działalność, każda zmarnowana chwila obracała się przeciwko mnie. Miałam wtedy dwadzieścia pięć lat, więc oczywiste że wolałam działać zamiast czekać godzinami w załatwieniu drobnej sprawy. To właśnie w jednej z takich kolejek dowiedziałam się o agentce która za pewną opłatą załatwi wszystko co nie wymaga mojej osobistej obecności. Od tego czasu postanowiłam że w jakimkolwiek urzędzie zobaczą mnie tylko na wezwanie. Jak uznałam tak zrobiłam. Po zamknięciu działalności zaczęły się czasy rozwoju internetu, zresztą i spraw zrobiło się dużo mniej, więc jakoś znosiłam sytuacje gdy trzeba było nieco dłużej poczekać. Drobnym przełomem była akcja prospołeczna „Przyjazny urząd” która wniosła tyle że w końcu urzędnicy zaczęli się uśmiechać i mówić do nas interesantów ludzkim językiem.

Jak to miło być mile zaskoczonym

W wyniku pewnego splotu wydarzeń musiałam odwiedzić UM i chcąc, nie chcąc musiałam to zrobić osobiście. Nie obyło się bez tradycyjnego odczekania pod drzwiami, na szczęście kilkuminutowego. W toku rozmowy wyszło że owszem, mogę temat zamknąć dzisiaj, ale konieczne jest zapłacenie kosztów urzędowych. Pani grzecznie zapytała czy płatności chcę dokonać dzisiaj, ponieważ jeżeli tak to mogę nie wychodząc z jej pokoju zapłacić kartą…
Po kilkunastu minutach wracałam do domu z odpowiednim pismem w ręku i wciąż w lekkim szoku jak wielkie postępy dokonują się nawet w państwowych urzędach.