Wybierając zawód kierowałam się znanym porzekadłem „rób to co lubisz, a nigdy nie będziesz pracować”. Pamiętam jak wiele radości przynosiła mi moja pasja, i jak bardzo cieszyłam się gdy dowiedziałam się że mogę zamienić to na zarobek.

W obecnych czasach niewiele może nas powstrzymać od realizacji planów. Mając odrobinę pieniędzy i mnóstwo zapału połączonego z samodyscypliną można niemal góry przenosić i ja właśnie zamierzałam tego dokonać. Gdy okazało się że mój fach wiąże się z pracą w większej firmie, przyznam że się ucieszyłam. Nie było to jeszcze „korpo” ale wreszcie była możliwość zobaczenia jak to robią zawodowcy. Praktyka szybko zweryfikowała bzdury jakimi naszpikowali mnie w szkole (stąd też moje zdystansowane podejście do oświaty które wyraziłam we wpisie o kwietniowym strajku nauczycieli) i okazało się że wszystkiego dopiero się uczę.

Osobiście podziwiałam cierpliwość moich przełożonych i nie chcąc być dłużna wobec firmy, poświęcałam dużo więcej czasu niż standardowy wymiar pracy. Podziwiano mnie za upór i chęci, doceniano postępy. Ciągłe dokładanie obowiązków odbierałam jako kolejne wdrażanie i doskonalenie zawodowe. Nie spostrzegłam nawet jak zaczęło mi uciekać życie prywatne, a stres zaczął odbijać się na rodzinie.

Kilkudniowy urlop i grono przyjaciół uświadomiło mi że zwyczajnie daję się wykorzystywać. Pozwoliłam szefostwu wejść mi na głowę a teraz skrzętnie to wykorzystują wmawiając mi że takie są czasy. Trzeba iść z postępem, ciągle poszerzać horyzonty… no i ok, nawet się z tym zgadzam, ale żeby kilkanaście razy w roku…

Rzetelna analiza sytuacji pomogła mi ocenić gdzie popełniłam błąd. Nie łączy się pracy z hobby, bo to najkrótsza droga aby zostać pracoholikiem.