…jak zabawa z wibratorem
Są rzeczy, które robi się dla pieniędzy. Są rzeczy, które robi się dla zasięgów.
I są jeszcze te momenty, kiedy człowiek siada wieczorem przed ekranem, otwiera pustą stronę i zaczyna pisać tylko dlatego, że coś w nim siedzi za długo.
Lubię pisać
Nie dlatego, że to modne. Nie dlatego, że „content się musi zgadzać”. Pisanie ma w sobie coś dziwnie intymnego. Trochę jak rozmowa prowadzona po ciemku z kimś, kogo nigdy nie spotkasz. Trochę jak flirt, albo telefon zaufania. Pisząc zaczyna się coś, co nie musi mieć dalszego ciągu. Może zostać niedopowiedzeniem lub czystą informacją do samodzielnego wyciągnięcia wniosków. Szklanką wypełnioną do połowy. Blogi zawsze miały dla mnie większą wartość niż idealnie wyreżyserowane filmy, dziesiątki dubli i twarze ustawione pod algorytm.
Za anonimowym autorem może kryć się każdy. Student, który nie śpi po nocach. Kobieta pisząca w kuchni po pracy. Facet siedzący w aucie na parkingu przed nocną zmianą. I właśnie dlatego to było prawdziwe. Nieperfekcyjne zdania, literówki, za długie akapity, emocje wrzucone między przecinki. Czasem człowiek czytał coś i wiedział, że po drugiej stronie naprawdę ktoś siedział.
Lubiłam czytać
Dzisiaj mam wrażenie, że internet coraz bardziej przypomina supermarket emocji. Wszystko wygląda dobrze, wszystko jest poprawne, zoptymalizowane, angażujące i dziwnie puste jednocześnie. Pisanie przestało być pisaniem, a zaczęło układaniem odpowiednich poleceń. Już nie tworzysz tekstu. Tworzysz prompt do tekstu. Im lepszy prompt, tym bardziej „twoje” staje się coś, czego właściwie nawet nie napisałeś.
I chyba właśnie to mnie męczy najbardziej.
Bo technicznie wszystko się zgadza. Teksty są płynne. Ładne. Czasem nawet lepsze niż te pisane przez ludzi. Tylko że gdzieś po drodze zniknęło to dziwne uczucie, że ktoś naprawdę miał coś do powiedzenia.
To trochę jak zabawa z wibratorem. Niby wszystko działa. Mechanicznie nawet skuteczniej. Szybciej. Ciszej. Bez komplikacji. Ale jednak czegoś w tym brakuje. Tego napięcia, nieprzewidywalności, drugiego człowieka po drugiej stronie. Niedoskonałości, która paradoksalnie była najbardziej autentyczna. A po, pada pytanie „po co to wszystko”, bo pomimo chwilowego uniesienia, brak ciepłych słów i prawdziwych emocji. Tych emocji które tak naprawdę budują nasze samopoczucie i poczucie wartości.
Może dlatego nadal lubię stare blogi. Takie, które wyglądają jakby zatrzymały się kilka lat temu. Z dziwnym tłem, chaotycznym układem i wpisami publikowanymi o 2:14 w nocy. Tam człowiek jeszcze czuje obecność autora. Nawet jeśli nigdy nie zobaczy jego twarzy.
Internet zrobił się bardzo głośny. A jednocześnie nigdy wcześniej nie miałem wrażenia, że tyle rzeczy jest tworzonych bez obecności człowieka.




