Ze szczęściem jest jak z pieniędzmi, to co dla jednych jest „tyle co kot napłakał” dla innych będzie fortuną. Przeważnie na co dzień nie myślimy o szczęściu chyba że akurat puszczamy totolotka z okazji nazbierania się kumulacji. Ewentualnie gdy udaje się nam ujść z życiem, albo wywinąć z nieciekawej, a może i nawet niebezpiecznej sytuacji.

Mini uszczęśliwiaczki – codzienne drobiazgi

Codziennie robimy miliony rzeczy nie zastanawiając się nad ich zbytnim sensem, a już mało kto zwraca uwagę że przeważnie dążymy do uszczęśliwiania siebie, czasami ludzi których kochamy, lubimy lub po prostu mają dla nas większe znaczenie niż reszta. Jak? chociażby zaczynając dzień czy przygotowując się do pracy.
Raczej nikt nie pije z rana kawy jeżeli lubi herbatę, nie robi kanapek z sałatą jeżeli za nią nie przepada. No dobra, może nie zawsze jesteśmy w stanie zrobić sobie kulinarną przyjemność, bo może się zdarzyć że czegoś akurat w domu zabrakło. Weźmy więc na przykład relacje ze spotkanymi ludźmi. Nie zagadamy przecież do nielubianego sąsiada. Co więcej, jeżeli zauważymy go wcześniej niż on nas, będziemy starać się nie zwracać na siebie uwagi. Cwańsi sięgną po telefon aby wiarygodnie udawać zajęcie, tylko z kultury rzucić szybkie „Dzień dobry” w ostatnim momencie, po to aby natychmiast przyspieszyć kroku i jak najszybciej się oddalić. Wstyd się przyznać, ale też tak robię, jednak chyba lepsze to niż psucie sobie humoru i udawaną przyjaźń. Telefon do przyjaciółki, ciekawy artykuł, nowa filiżanka, gorąca kąpiel w południe… same drobiazgi które mają za zadanie nas uszczęśliwić.

Zdrowia, szczęścia, pomyślności…

Zabawne jak wiele kwestii zaczynamy doceniać dopiero jak tracimy, a jednocześnie smutne że musimy życzyć sobie tego od święta. Gdzieś w głębi duszy wiemy że są to rzeczy bezcenne, bo nawet drobny katar czy ból brzucha potrafi popsuć cały dzień. Wciąż mam w pamięci jak ogromy jest strach o zdrowie i życie najbliższych, i jak ogromna jest radość gdy wreszcie diagnozy stają się pomyślne. Dla mnie jednym z największych szczęść była informacja że syn jest zdrowy i nic nie zagraża jego bezpieczeństwu.
Drugim szczególnie zapamiętanym szczęśliwym momentem było zdobycie prawa jazdy o czym pisałam w poprzednim roku. Sam egzamin praktyczny już był fenomenem samym w sobie. Chyba każdy kto chociaż raz prowadził samochód wie jak wiele różnych sytuacji potrafi przydarzyć się na drodze. Dla mnie w czasie kursu stresem było dojeżdżanie do sygnalizacji świetlnej, ale na egzaminie ani razu nie trafiło się abym nie musiała stanąć za innym pojazdem. Nigdy nie byłam pierwsza. Dla mnie to było szczęście.

Fatum przychodzi w piątek 13?

Teorii o pechowym piątku jest ogrom, chociaż nikt tak naprawdę nie wie są się wzięły. Niby w ten dzień niefart dopada wszystkich, nawet osoby niewierzące w przesądy czy gusła a ja do takich właśnie należę. Nie mam swojej szczęśliwej liczby, amuletu, kamienia, a w moim domu mieszka czarne jak noc kocisko, które kilka razy dzienie celowo przebiega mi przez drogę 😉
W tym roku 13 w piątek, poza jutrzejszym był we wrześniu. Pamiętam go jak dziś, był słoneczny i nic szczególnego się nie stało poza tym że w czasie awaryjnego hamowania samochodem, na dywanik wyleciała cała zawartość torebki. Zważywszy na fakt że jest ona spora i zawsze na dnie mam mnóstwo drobniaków, cukierków i paragonów, sprzątnięcie tego zajęło mi dłuższą chwilę i o mały włos, a spóźniła bym się do pracy. Można by rzec „pech”. Patrząc na sytuację z drugiej strony, musiałam nagle hamować bo z góry założyłam że za zakrętem nic nie będzie więc jechałam środkiem. Niestety z naprzeciwka jechał kierowca który myślał podobnie do mnie. Na szczęście oboje wyhamowaliśmy i do wypadku nie doszło, do pracy też zdążyłam więc jak widać to nie był pechowy piątek.
W zasadzie dzień jak co dzień, i takich Wam życzę.