Tylko nie pani gadżet

Rozumiem konieczność podążania za postępem, korzystania z niego i wiekuistego rozwoju dla ułatwienia życia a nawet zaoszczędzenia zdrowia, jednak…
do wszystkich nowości podchodzę z dystansem. Co prawda wyrosłam z zastanawiania się nad każdym zakupem ale wciąż nie daję się wkręcić w reklamowe slogany „że muszę to mieć”. Prawda taka że z winy ich i naiwności ludzkiej tworzą się hałdy śmieciowiska. Owszem, nie unikniemy śmieci, ale czy naprawdę potrzebujemy wszystkiego co kupujemy? Z jednej strony coraz głośniej mówi się o cybersmogu (notabene nieistniejącemu) i trosce o środowisko a z drugiej sztucznie tworzy potrzeby i produkty nie do końca przemyślane. Chyba nigdy nie zrozumiem jak ludzie dają się na to nabierać. Może dlatego nie potrafię wyrosnąć z buntu który każe zastanowić się nad większością wyborów.

Gadżety tylko praktyczne

W moim domu na próżno szukać „durnostojek”, Owszem, mam kilka pierdół na półkach, kilka obrazów, rzeźb, nawet trochę antyków do zbierania kurzu, a tam gdzie klimat sprzyja zielone oazy. Moja kuchnia też niczym nowoczesnym nie powala. To co praktyczne ale nieczęsto używane, pochowane w szafach i łatwiej w niej znaleźć laptop (który w zasadzie służy zarówno do pracy jak i w roli radia) niż gamę chochelek, świąteczny serwis czy niezliczone ilości zapasów. Zwyczajnie jestem miłośniczką domu który służy nam, wymaga minimum pracy, a gdy wpadną goście z kilkulatkami, nie biegam panicznie i nie muszę wszystkiego chować przed wścibskimi, maleńkimi rączkami. Takie same podejście mam do mnie samej. Nie noszę „upierdliwej” biżuterii którą trzeba zdejmować do prac i kąpieli. Przeważnie raz założoną bransoletkę czy kolczyki wymieniam dopiero jak mi się znudzą, ewentualnie zniszczą. 

Jak opaska „mi fit” moje serce zdobyła

To był jeden z tych prezentów co to „no nie wiem… może… ale w zasadzie na co mi to”. Na pewno sama bym jej nie kupiła, zwłaszcza patrząc na wykonanie. W końcu założyłam tylko po to żeby eM przykro nie było. Oczywiście na początku dowiedziałam się jakie to rewelacyjne cudo, że wreszcie będę wiedzieć ile śpię (bo rodzina twierdzi że w nocy za mało, za to z rana za dużo) ile chodzę, a przede wszystkim nie będę musiała wszędzie nosić telefonu żeby ogarniać która godzina. W zasadzie tylko funkcja wodoodpornego zegarka mnie przekonała, i faktycznie sprawdzało się rewelacyjnie. Niestety codziennie użytkowanie mocno zniszczyło szybkę, przez co na słońcu godziny wcale widać nie było. Trochę to upierdliwe jednak nie widziałam potrzeby wymiany jej na nową.

Gdzie moja opaska??

Jedną z poważniejszych wad Xiaomi jest gumowa bransoleta. Ani ona ładna, a już całkowicie niepraktyczna. Fakt że powodzenie opasek mi fit spowodowało wyprodukowanie mnóstwa modeli wymiennych pasków, jednak szalonego wyboru nie ma, większość jest gumowych z typowym dla nich zapięciem, które niestety lubi pękać. Teoretycznie jest ono skonstruowane w taki sposób, aby pomimo rozwalenia oczka, zaczep jeszcze utrzymywał urządzenie na ręce. W praktyce, niestety mi fit zgubiłam, i jak to w życiu bywa wówczas odczułam że była szalenie praktyczna. W tym samym czasie na rynku pojawił się model 4, mega wypasiony i taki „ach i och” że zdecydowałam się na niego. Ba, sama sobie kupiłam.

Xiaomi Mi Band 4 że „hoho”

Od młodzieży która cudeńko z telefonem parowała, dostałam wytyczne jak tego używać bo przecież po to jest żeby życie ułatwiać. Po kilku tygodniach faktycznie przekonałam się do wielu jej funkcji, innych zaś wcale nie używałam. 
Któregoś dnia, wracając z pracy zorientowałam się że nie mam telefonu. Nerwowe poszukiwania w czasie jazdy nie przyniosły efektów więc stanęłam na poboczu żeby dokładniej przeszukać torebkę, zakupy i samochód. Niestety, telefonu jak nie było tak nie było. Chwila wertowania w głowie, gdzie mogłam go zostawić, chociaż cofanie się o 23 do sklepu mogło by nie przynieść efektów. W końcu przypomniałam sobie o funkcji opaski – szukanie telefonu, i przyznam że łatwiej było znaleźć tą opcję niż sam telefon. Z duszą na ramieniu wcisnęłam polecenie „znajdź urządzenie” i w tym momencie pod moim siedzeniem odezwał się piszczyk. Nie mam pojęcia jakim cudem wylądował pod dywanikiem, ale wiem że czasami warto zaufać nowoczesnym rozwiązaniom.