O asertywności… tfu… zdrowym egoizmie pisałam już kiedyś. W tamtym wpisie wspomniałam że jest to długi proces, a składa się na niego wiele czynników.

Nie zrób z siebie niewolnika

Jednym z jego elementów jest zwalczenie nadgorliwości, która szczególnie cechuje osoby wychowywane w poczuciu troski o drugiego człowieka. Oczywiście troszczenie się o innych, samo w sobie nie jest złe, wręcz przeciwnie każdy człowiek powinien chociaż odrobinę zwracać uwagę na ludzi w swoim otoczeniu. Jednak jak mówi mądre przysłowie „Co za dużo to niezdrowo”. To samo jest z dobrodusznością która w nadmiarze szkodzi i innym, ale i nam. Ludzie mają to do siebie że do dobrego szybko się przyzwyczajają. Wystarczy kogoś kilka razy w czymś wyręczyć aby zaczął myśleć że tak musi być, no bo skoro ona (on) i tak to robią, lub tyle razy już robili, to kolejny raz nic złego się nie stanie. Tym sposobem, przez własną nadgorliwość stajemy się własnymi niewolnikami. O ile na początku to nam nie przeszkadza to prędzej czy później trafi się sytuacja że będziemy musieli odmówić, i dopiero wtedy spotkamy się z oburzeniem które otwiera oczy.

Mówić mogą, odpowiadać nie musisz

Rzecz z którą długo miałam problem to gadulstwo. Co prawda nie tyle mówiłam co mi ślina na język przyniosła, ale gdy wiedziałam że mogę coś zrobić, informowałam o tym. Przeważnie rozmowa zaczynała się niewinnie. Koleżanka wyjeżdża na urlop na urlop i informuje że nie ma kto jej podlać kwiatów, sąsiadka potrzebuje opieki do dzieci na godzinkę, chłopak rzucił przyjaciółkę i chciała by pogadać… zamiast wysłuchać co inni mają do powiedzenia, ponarzekać z nimi w ich niedoli, wyrywałam się z „ja pomogę, przypilnuję, wpadnij do mnie”. Wychodziło mi to tak spontanicznie, że w końcu ani się obejrzałam zaczęło mi brakować czasu dla moich najbliższych i siebie. Ba, z czasem zyskałam opinię osoby na którą można zawsze liczyć, a mi brakowało śmiałości żeby odmówić. Na szczęście los zesłał opamiętanie i to ja znalazłam się w sytuacji gdzie potrzebowałam pomocy. Zderzenie z rzeczywistością było bardziej brutalne niż bym się kiedykolwiek spodziewała… grono przyjaciół dookoła, a nie było nikogo kto by mi mógł-chciał poratować. Największym paradoksem było że w końcu wspomógł mnie człowiek nigdy ode mnie nic nie chciał a nawet stosunki między nami były raczej chłodne.

Ta sytuacja dała mi do myślenia. Zaczęłam więcej analizować co mogę zrobić, co chcę a co nie jest mi na rękę. Nauczyłam się mówić „nie wiem, dam Ci znać później” a w końcu milczeć, bo jak to brzmi mądre przysłowie „Dobry zwyczaj – się nie wpierniczaj”… nawet w pomaganie.